Search for:
 

Szaleniec, klaun, profesjonalista



Rozmowa z Adamem Dutkiewiczem, gitarzystą Killswitch Engage

Szaleniec, klaun i profesjonalista w jednej osobie. Na scenie biega cały czas z gitarą zawieszoną na wysokości piersi. Porusza się niczym japońskie służące z serialu "Shogun". Czasami zakłada na głowę biustonosz, w środku kawałka robi pompki. Stroi miny niczym Jim Carrey. Uwielbia skecze Monty Pythona.

Taki jest Adam D., czyli Adam Dutkiewicz, gitarzysta amerykańskiego zespołu Killswitch Engage – jednej z największych gwiazd metalcore’owych – przez niektórych uznawanego za twórców tego podgatunku w obrębie heavy metalu.

Jeśli ktoś uważa go wyłącznie za błazna, bardzo się myli. Adam ma za sobą studia muzyczne w prestiżowym Berklee College of Music. Jest odpowiedzialny za produkcję wszystkich albumów Killswitch Engage i wydawnictw kilku innych formacji. Niemal cały czas jest uśmiechnięty i skłonny do wygłupów. Z dystansem podchodzi do samego siebie. Jego zapowiedzi piosenek podczas koncertów stanowią przedmiot anegdot muzyków. Oto próbka: "Ten kawałek jest cięższy niż pierwszy okres".

Adam D. ma polskie korzenie, choć w języku swoich dziadków zna ledwie kilka słów. Uwielbia pierogi z kapustą. W studiu i na scenie daje z siebie wszystko. Z tym że w czasie sesji nagraniowych ma mniej czasu na wygłupy. Głównie wtedy można zobaczyć go poważnego. Nie liczy na zbyt wiele, mimo że Killswitch Engage odniósł duży sukces komercyjny na trudnym rynku amerykańskim.

Pod koniec listopada 2005 ukazało się pierwsze DVD kwintetu z Massachusets – "(Set This) World Ablaze". Była to dobra okazja do rozmowy z tym przezabawnym muzykiem, który odpowiadał na pytania krótko i treściwie, śmiejąc się co chwilę.

Adam, na początku pytanie o Twoje zdrowie. Wiem, że miałeś problemy z kręgosłupem i z tego powodu musiałeś zrezygnować z występów z kolegami w Australii. Powiedz, jak się teraz czujesz? Wszystko jest już w porządku?

ADAM DUTKIEWICZ: W tej chwili wszystko jest fantastycznie. Jestem już po operacji. Sam jestem zaskoczony tym, jak szybko wracam do zdrowia. Oczywiście wszystko przebiega stopniowo, ale z każdym dniem czuję się coraz lepiej.

Co w takim razie porabiasz w czasie rekonwalescencji, poza zabiegami rehabilitacyjnymi, którym musisz się poddawać?

Co porabiam? Oglądam sporo telewizji, piję sporo piwa, obżeram się i… to chyba tyle [śmiech]. Cieszę się najprzyjemniejszymi rzeczami pod słońcem.

Rozmawiamy, ponieważ niedawno ukazało się Wasze pierwsze DVD, "(Set This) World Ablaze". Na jego potrzeby zarejestrowaliście koncert w Worcester w stanie Massachusetts. Jak wspominasz ten występ? Miałem okazję obejrzeć już DVD i moim zdaniem koncert był świetny, ale interesują mnie Twoje wrażenia.

Moim zdaniem wypadliśmy w porządku. Poza tym mogłem wykorzystać na potrzeby DVD sporo materiałów, na których się wygłupiam ["sporo" to mało powiedziane – przyp. red.]. Planowaliśmy, że znajdzie się na płycie właśnie dużo fragmentów, na których jesteśmy niezbyt poważni. Miało to być coś a la nasza wersja programu "Jackass". Nie do końca jednak nam się to udało, bo okazało się, że w naszych zbiorach nie ma wystarczająco dużo takiego materiału filmowego. Skończyło się więc na tym, że zamieściliśmy fragmenty zza sceny, wzbogacając je wypowiedziami innych zaprzyjaźnionych muzyków. To w pewnym stopniu też jest bardzo zabawne, bo słyszysz, jakie bzdury niektórzy o nas wygadują [śmiech].

Miksowanie ścieżek audio było dla mnie pewnym wyzwaniem. Większość z nich to materiał z koncertu, tak więc trzeba było zostawić go tak, jak był. Oczywiście pozostała kwestia montażu, "oczyszczenia" konkretnych fragmentów. Nie jest wcale łatwo dostarczyć ludziom materiał koncertowy, który dobrze brzmi. Ale zrobiłem wszystko, co mogłem.

Mówisz, że nie było wystarczająco dużo materiału, żeby wypełnić część dokumentalną. Powiedz szczerze, naprawdę nie macie w archiwach czegoś niecenzuralnego, wyjątkowego?

Nie, naprawdę [śmiech]. Ja w sumie nie mam zbyt wielu archiwalnych materiałów o zespole. Posiadam pewną kolekcję zdjęć. Ale filmowych materiałów nie mam, bo nie mam własnej kamery wideo.

Z tego, co widziałem, oglądając dokumentalną sekcję DVD, Killswitch Engage mógł odnieść tak duży sukces dzięki wielu życzliwym osobom, takim na przykład jak mama Joela [Stroetzela, gitarzysty – przyp. red.], która wspierała Was od samego początku. Kogo jeszcze umieściłbyś na liście osób, które wyciągały do Was pomocną dłoń w trudnych momentach?

Tak szczerze, to wymieniłbym wiele zespołów, z którymi graliśmy koncerty. Jest sporo osób, jeszcze z naszych czasów undergroundowych, które nam pomogły. Lista jest zbyt długa, aby ją teraz wymieniać.

Kiedy już zespół zaczyna na dobre koncertować, spotykasz na swojej drodze bardzo wielu ludzi. Nawet tacy niekoniecznie ważni z funkcji, udzielają ci czasem wielkiej, nieocenionej pomocy. Tych wielu małych ludzi przyczynia się do tego, że powstaje coś większego.

Czy ciężko było Wam przekonać Coreya Taylora [wokalista Slipknot – przyp. red.], aby pojawił się na DVD bez maski i uniformu, który nosi na scenie?

Przyznasz, że to zabawny fragment, co [śmiech]? Bardzo mi się podoba.

Dla mnie zaskakujący. Po raz pierwszy chyba widziałem jego twarz w oficjalnym wydawnictwie. Pomijając zdjęcia, które krążą po Internecie.

Ja z kolei mam wrażenie, że gdzieś można już było zobaczyć go bez maski [owszem, np. na zdjęciach promocyjnych projektu Stone Sour, ale nie na oficjalnie wydanym DVD – przyp. red.]. Corey to naprawdę bardzo miły człowiek. Zawsze jest bardzo zabawnie, kiedy znajduje się pośród nas.

Mówił wiele ciepłych słów pod adresem Killswitch Engage i wygląda na to, że bardzo ceni to, co robicie.

No chyba tak. To bardzo miłe z jego strony.

Była mowa o tym, że miksowałeś DVD. Ale nie można zapomnieć, że jesteś producentem wszystkich albumów zespołu oraz kilku innych grup. Jak to jest produkować album grupy, w której samemu się gra? Musisz przecież być bardzo krytyczny w stosunku do samego siebie?

Prawda. Stary, to jest cholernie dziwaczne i trudne doświadczenie. Zajebiście trudne [śmiech]. Kluczową kwestią jest zrozumienie, na czym polega twoja praca w danej chwili. Musisz patrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. I za nic w świecie nie należy być zarozumiałym z tego powodu, że pełni się ważną rolę, jaką jest bycie producentem. W zespole jest przecież kilka innych osób.

A czy ciężko jest Ci oceniać partie gitary, które sam rejestrujesz jako gitarzysta?

O tak. Cholernie ciężkie zadanie. Zawsze marzę o tym, aby wszystko już nagrać, mieć to z głowy i iść do domu [śmiech].

Adam, wiem, że studiowałeś w Berklee College of Music, ale tam uczyłeś się gry na gitarze basowej. Czy tam także poznałeś zasady produkowania płyt i inżynierii dźwięku?

Tam nie. Tego nauczyłem się głównie sam. Moim zdaniem produkowanie albumów i bycie inżynierem dźwięku wymaga wielkiej kreatywności i tych dwóch zawodów głównie trzeba nauczyć się samemu.

Jak więc do tego doszło, że zacząłeś produkować płyty?

Jakoś tak wyszło, że pojawiłem się kiedyś w studiu i zacząłem wybierać to, co chcę robić. Jak już zrobiłem jedną rzecz, na horyzoncie pojawiła się kolejna. I tak stopniowo produkowałem zespół za zespołem. No i zostałem producentem.

Masz swoich ulubionych producentów? Wiem, że przy albumie "The End of Heartache" współpracowałeś z Andym Sneapem.

Prawda. Bardzo mi się podoba sposób, w jaki Andy miksuje płyty. Mówiąc szczerze, nie za bardzo wnikam w to, jacy producenci odpowiedzialni są za brzmienie albumów metalowych. Raczej szukam swoich wzorców na scenie rockowej. Bardzo mi się podoba na przykład brzmienie albumów Radiohead.

Czyli podziwiasz Nigela Godricha [producent albumów Radiohead – przyp. red.]?

O tak! Moim zdaniem ten facet jest wielki. Fantastyczny. Ma doskonałe wyczucie przestrzeni dźwięku, co bardzo mi się u niego podoba.

Tę przestrzeń można też znaleźć np. na "The End of Heartache".

Prawda. Dla mnie jest to niezwykle ważne jako dla producenta.

Do czasu obejrzenia Waszego DVD nie widziałem, jak zachowujesz się na scenie. Pierwsze wrażenie, które pojawiło się w czasie oglądania Waszego koncertu, było: "Co to za pieprzony świr w tej pelerynie?!".

[Bardzo głośny śmiech]

Później przyszła kolej na obejrzenie części dokumentalnej, która przekonała mnie, że jesteś równie wielkim świrem poza sceną.

Ej stary, podoba mi się to i świetnie się bawię [śmiech]. Uwielbiam stroić głupie miny, wytrąbić parę piwek i spędzać miło czas. Wszystko czego potrzebuję, to robienie głupot [śmiech].

Zawsze masz takie pokręcone poczucie humoru?

W pewnym sensie musisz je mieć. Nie można całego tego cyrku brać śmiertelnie poważnie. Przecież byś ześwirował [śmiech].

Rozumiem Cię doskonale. Chodzi mi tylko o to, że na scenie czterech gości gra z pełną powagą, a jeden koleś biega jak szalony i nieustannie się wygłupia, co jest wyjątkowe jak na scenę metalową.

W porządku, rozumiem, o co ci chodziło. Ale możesz spokojnie napisać, że mam gdzieś to, co inni myślą o moim zachowaniu [śmiech]. Tak naprawdę w tym wszystkim chodzi tylko o to, aby się dobrze bawić.

Kiedy ogląda się Ciebie na scenie trudno nie odnieść wrażenia, że masz w sobie coś z komika. Masz może swojego ulubionego komika albo program komediowy? Jak "Latający cyrk Monty Pythona" na przykład?

Stary, Monty Python był po prostu fenomenalny! Uwielbiam tych gości i wszystko, co zrobili. Oglądam mnóstwo komedii. To mój ulubiony gatunek filmowy.

Naprawdę podoba mi się to, jak się zachowujesz, bo jest to coś wyjątkowego na scenie metalowej, i nie tylko metalowej.

Prawda. Po prostu staram się, aby wyglądało to nieco inaczej niż w przypadku innych zespołów.

Czy zrezygnowałeś z grania na perkusji po to, aby mieć możliwość wygłupiania się na scenie? [Adam zaczynał w Killswitch Engage w roli perkusisty – przyp. red.]

No jasne. To było popieprzone i nudne jak cholera [śmiech]. Ja lubię się bawić, a nie tylko siedzieć i grać swoje partie. Chcę biegać, wygłupiać się i robić inne popieprzone rzeczy [śmiech].

Wspominałem już o tym, że uczyłeś się muzyki w Berklee College Of Music. Ale jak to się w ogóle stało, że zapragnąłeś zostać muzykiem?

Po prostu, w którymś momencie zainteresowałem się muzyką i zacząłem ją grać. Mój brat też grał, tak więc ja po kolei łapałem za gitarę, bas i perkusję. On mi pomagał, a później sam zapragnąłem się uczyć różnych rzeczy, no i się nauczyłem. Były to oczywiście początki i podłapałem tylko pewne zagrywki, ale potem pogłębiłem swoją wiedzę.

Metal był Twoją pierwszą miłością czy były też inne gatunki, które robiły na Tobie wrażenie?

Metal jak najbardziej, ale słuchałem również sporo punka i hard core’a kiedy byłem młodszy. No i oczywiście sporo rockowych kapel, jak Van Halen na przykład.

Muzycy Killswitch Engage wydają się nie mieć zbyt wielkich oczekiwań co do przyszłości zespołu. Ty sam powiedziałeś: "Co ma być, to będzie". Czy po tych wszystkich sukcesach, jak trasa Jägermeister Tour ze Slayerem, występach na Ozzfest, nominacji do Grammy dla "The End of Heartache" i wielu innych, Wasze podejście się nie zmieniło? Nie liczycie na nic więcej?

Absolutnie. W tym biznesie nie masz wielkiego wyboru i musisz cieszyć się tym, co dobre, co pojawia się w pewnym momencie. Jeśli się już pojawi, korzystaj z tego, ile możesz, baw się najlepiej, jak umiesz. Uwielbiam muzykę. Prawdopodobnie będę się nią zajmował do końca życia. Ale nie możesz oczekiwać, że odniesiesz sukces, że wszystko, co robisz, spodoba się innym. Na pewno możesz dawać z siebie wszystko i tworzyć muzykę najlepiej, jak umiesz. No i możesz mieć nadzieję, że ona trafi do ludzi.

Killswitch Engage jest uważany przez niektórych za zespół, który stworzył coś, co nazwane zostało mainstreamowym metal corem. Jak Ty się na to zapatrujesz?

Moim zdaniem, to wielka pieprzona bzdura [śmiech]. Na pewno coś takiego jest miłe. Zawsze miło jest słyszeć komplementy. My po prostu robimy to, co najbardziej nam odpowiada. Wokół jest mnóstwo zespołów, które grają w podobnym stylu i nagrywają bardzo dobre rzeczy. Na pewno nie jesteśmy jedyni i wyjątkowi.

Ale na pewno jesteście jednymi z największych. Przynajmniej w tej chwili.

Czy ja wiem [śmiech]?

Jeśli śledzisz informacje na temat Killswitch Engage to raczej nie można mieć co do tego większych wątpliwości.

Hmmm… No cóż, to bardzo miłe [śmiech].

Powiedz mi teraz, kiedy zamierzacie rozpocząć nagrania kawałków na nową płytę? Macie już może coś napisane?

W tej chwili nic jeszcze nie jest napisane. Mamy nadzieję, że zaczniemy prace w studiu wiosną 2006 roku. Wiem, że reszta chłopaków z zespołu potrzebuje czasu na odpoczynek, bo koncertowali naprawdę sporo. Ważne jest, aby teraz każdy z nich miał trochę czasu dla siebie i trochę się wyluzował. Stary, pracujemy przecież cholernie ciężko nieprzerwanie od kilku lat.

Chciałbym sprawdzić jedną informację, którą znalazłem. Czy to prawda, że dziennikarka magazynu "Show and Tell" pocałowała Cię w tyłek w trakcie wywiadu?

Co?! Rany, znalazłeś gdzieś coś takiego [bardzo głośny śmiech]?

Owszem, taki wywiad z Tobą został zamieszczony w Internecie.

[śmiech, ale już nie tak głośny] Nic o tym nie wiem, szczerze mówiąc. Serio. Pewnie wymyślili to sobie. Cóż, jak widzisz różne rzeczy przytrafiają się muzykom [śmiech].

Co Adam D. będzie porabiał w święta Bożego Narodzenia?

Będę dużo jadł i pił [śmiech]. Kupię prezenty dla różnych ludzi. Generalnie będę robił wszystko to, co powinno robić się w święta. Jednakże w tym okresie najbardziej lubię jeść i pić. Chcę być gruby [śmiech].

Czy w święta też się wygłupiasz tak, jak na scenie?

Pewnie, czemu nie?! To nic złego, że lubię się dobrze bawić [śmiech]. Różnica polega na tym, że w święta będę się wygłupiał w gronie rodzinnym [śmiech]. Przecież w końcu po to są święta, nieprawdaż?

Dalej jesteś takim maniakiem pierogów?

O rany, chłopie, uwielbiam je! Pierogi z kapustą… coś cudownego [słowo "kapusta" Adam wymówił bezbłędnie – red.].

Znalazłem informację, że w czasie Waszego pobytu w Polsce [2002 rok – przyp. red.] zjadłeś 25 pierogów.

Aż tyle ich wtedy zjadłem?! Wiem, że kilka świąt temu zeżarłem ich tyle, że omal się nie porzygałem [śmiech].

Według moich źródeł, w Polsce się porzygałeś, ale pewnie dlatego, że później wypiłeś sporo piwa.

Dokładnie [śmiech].

Zachowałeś jakieś wspomnienia z Waszego koncertu w klubie "Proxima" w Warszawie?

To było tak dawno, że prawie nic nie pamiętam. Graliśmy tam chyba z pięć lat temu, tak?

Trzy lata temu, w 2002 roku.

A tak, masz rację, przepraszam. Obecnie trzy lata wydają mi się jak pięć [śmiech]. Mam wrażenie, że minęły wieki, odkąd zagraliśmy dużą trasę po Europie. W Polsce nie byliśmy już bardzo dawno. Chyba byłby czas, żeby znowu tam przyjechać, nie sądzisz?

Jak najbardziej. Teraz jesteście bardzo znanym zespołem i publiczność na pewno byłaby większa. W 2002 roku w Europie nie byliście jeszcze tak znani.

Masz rację. Miło by było znowu do Was przyjechać. Na pewno w końcu się zjawimy.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

Comment!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*