Search for:
 

George Michael: przede mną cudowne 30-40 lat życia



W marcu ukazała się ostatnia jak na razie płyta GEORGE’A MICHAELA zatytułowana ‚Patience’. To pierwszy w pełni premierowy krążek artysty od ośmiu lat promowany singlem ‚Amazing’. O tym co dla wokalisty znaczy "cierpliwość" oraz czego nauczyła go miłość powiedział w udzielonym w maju wywiadzie.

Twoja nowa płyta nosi tytuł ‚Patience (Cierpliwość). Po twoich doświadczeniach z ostatnich lat, jakie znaczenie ma dla ciebie to słowo?

Przez bardzo długi czas nie mogłem wymyślić żadnego tytułu dla tej płyty. Często bywa tak, że tytuł pojawia się podczas narywania kilku ostatnich kawałków. Te utwory w moim przypadku są zawsze najlepsze, bo nie boję się już niczego, mogę tworzyć bez skrępowania. Tak więc nie mogłem wymyślić zupełnie nic. Teraz kiedy patrzę na wyraz ‚cierpliwość’, ma on nawet podwójne znaczenie. Jedno podkreśla to, ile czasu i energii psychicznej poświęciłem na angażowanie się w sprawy świata – sytuację w Iraku, sytuację na Bliskim i Dalekim Wschodzie, konflikt laicyzmu i religii itd. Stykamy się z tymi problemami na co dzień zupełnie bez pardonu przez transmisje satelitarne. Wmawia się nam, że w tym wszystkim nie chodzi o ropę, w co i tak nikt nie wierzy. Wierzę, że jedyne co może nas ocalić od masowej zagłady to właśnie cierpliwość. Zdjęcia na okładce płyty przedstawiające dwóch chłopców mówią, że to dzieci zdecydują, czy dzisiejsze problemy zostaną kiedyś pokonane. I im należy się przedstawianie dziejów świata w sposób bardziej humanitarny. To więc było jedno znaczenie wyrazu ‚cierpliwość’ – odnoszące się do aktualnej kondycji świata. Druga sprawa, to że moi fani są chyba najbardziej cierpliwymi fanami w historii popkultury. Od ostatniej kolekcji piosenek George’a Michaela minęło już 8 lat i żaden inny fan nie czekałby na nowe nagrania swojego idola aż tak długo. Ale tak po prostu wyszło.

Singiel promujący to wydawnictwo – ‚Amazing’ – jest jednak wyjątkowo pozytywną piosenką o miłości. Czy możesz opowiedzieć coś o jej powstaniu?

Najdziwniejszą historią związaną z ‚Amazing’ jest to, że była to piosenka od której zacząłem nagrywanie całej płyty i która w ostatecznej wersji powstała dopiero na 3 tygodnie przed końcem całego procesu nagrywania. Co daje w sumie prawie 5 lat procesu tworzenia! Pierwszą połowę napisałem bardzo szybko po tym, jak poznałem Kenny’ego i chyba nigdy wcześniej nikt nie słyszał, żebym w swoich piosenkach śpiewał coś tak banalnie prostego. Zwykle bardziej pasują do mnie jakieś tragedie czy dramaty. Ale wydaje mi się, że w bardzo fajny sposób opisuje samo zakochiwanie się. Mam nadzieję, że tego lata wielu osobom przydarzy się to, o czym opowiadam w tej piosence – czyli po prostu spotkają swoją drugą połowę. I najlepsze w ‚Amazing’ jest to, że wciąż czuję się tak samo bardzo zakochany! Dlatego kończyłem nagrywać ją z taką samą energią, jaką czułem do niej na początku.

Czego takiego nauczyła Cię miłość?

Najwspanialsze w miłości jest to, czego doświadczył, lub czego powinien doświadczyć każdy z nas – że osoba, którą właśnie spotykamy, może zmienić całe nasze życie. Wtedy dopiero otwieramy się na innych. Holly Hunter w ‚Living Out Loud’ otwiera swoje serce właśnie wtedy, kiedy się zakochuje. Ten fakt potrafi zmienić punkt widzenia na cały świat, podejście do całej ludzkości.

Do singla ‚Amazing’ powstało bardzo wiele tanecznych remixów. Czym jest dla ciebie współczesna muzyka taneczna?

Zawsze słuchałem dużo muzyki tanecznej, może trochę mniej w ostatnim czasie, gdy większość kawałków robiona jest na tzw. jedno kopyto. Moja ulubiona muzyka taneczna to funk, w każdej sytuacji mam ochotę tańczyć do ‚House Nation Under A Groove’ czy którejkolwiek z płyt Prince’a. Po prostu funk wydaje mi się czymś bardziej sexy niż jednostajne kopyto. W funku najważniejsze są pauzy, przerwy między dźwiękami, a w nowoczesnej muzyce tancznej nie ma miejsca na żadne pauzy… Ale wciąż lubię słuchać przypadkowych nagrań dance – charakterystyczne w kulturze dance jest to, że nieraz wydaje na świat prawdziwie genialne kawałki, które zwykle nie mają już swojej kontynuacji nawet w samej twórczości ich autora. Często jakieś nagrania są wynikiem przypadkowego połączenia w studio jakiś elementów, powstają jakby niezależnie od intencji swoich twórców. Mam wśród nich takie, które katuję na śmierć – choćby Toca’s Miracle, które męczyłem prawie przez rok czy The Ones dwa lata temu. Tak więc jest wiele albumów dance, których słucham namiętnie, ale nie przywiązuję się do konkretnych artystów dance. Myślę sobie, że gdyby w klubach puszczana była muzyka, którą ja uważam za dobrą, pewnie ciągle jeszcze bawiłbym się na tamtych parkietach – kiedyś na spędzałem tam 3-4 dni w tygodniu! Teraz już nie mam na to takiej ochoty…

Porozmawiajmy o kawałku ‚Flawless’ oryginalnie wykonywanym przez The Ones. Kiedy go usłyszałeś i co sprawiło, że nagrałeś go ponownie w prawie identycznej wersji?

Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, jak większość innych – w samochodzie oczywiście. Zawierał taki charakterystyczny motyw z popularnego w latach 70. kawałka ‚Keep on Dancin” grupy Gary’s Gang i to pierwsze zwróciło moją uwagę. Potem się okazało, że to w zasadzie nie jest piosenka, bo jedynym motywem całego utworu był tylko fragment wokalu przepuszczony przez vocoder. Pomyślałem, że byłoby super dośpiewać do tego nową linię melodyczną a la disco z lat 70. Początkowo miał to być tzw. ukryty track na albumie, bo bardzo podoba mi się koncepcja takiego zamknięcia płyty. Postanowiłem, że nie będę usuwał wokalu The Ones, tylko – jak na bootlegu – dodam tam swoją partię. Efekt okazał się na tyle dobry, że bez sensu byłoby ukrywanie tego tracka na płycie, szczególnie że ta wersja ma w sobie prawdziwie singlowy potencjał. I zostanie on wydany na singlu w wakacje.

O czym opowiada ten kawałek?

Pod względem tekstowym, ‚Flawless’ jest on głównie o kulturze reality-TV. Między innymi o ludziach, którym z jakiś przedziwnych przyczyn wydaje się, że umieją śpiewać i muszą to robić przed kamerami. Przyznaję, że nie byłem w stanie oglądać eliminacji do angielskiego "Idola", bo za bardzo współczułem tym dzieciakom. Jedni słysząc opinię ‚śpiewasz strasznie, wracaj do domu’ reagują śmiechem, ale ja każdy taki tekst bardzo przeżywam osobiście. ‚Flawless’ mówi o tym, jak wielu zwykłych ludzi na oczach innych zwykłych ludzi staje się popularnymi i bogatymi gwizdami. Napędza to tylko pęd do popularności, który zawsze był obecny gdzieś w społeczeństwie, a teraz narasta do rangi zbiorowej histerii. To, co ludzie potrafią z siebie zrobić na wizji jest po prostu nie do uwierzenia. ‚Flawless’ to historia z punktu widzenia młodych ludzi, którzy są strasznie przystojni, a przynajmniej tak sądzą, i którym wydaje się, że do osiągnięcia sukcesu wystarczy tylko udać się do miasta, w tym przypadku do Londynu. To bardzo zabawne – nigdy oficjalnie nie nagrałem kawałka o takich ‚kociakach’ i chyba wreszcie nadszedł czas, żeby to zrobić. Uważam, że kluby gejowskie absolutnie się ze mną zgodzą i też pokochają ten kawałek.

Porozmawiamy o innym utworze – ‚John And Elvis Are Dead’. Kim dla ciebie są te ikony światowej muzyki?

W pewien sposób kawałek ‚John And Elvis Are Dead’ powstał dla pokolenia żyjącego przede mną. Jest coś, czego ludzie nie do końca dostrzegają w mojej karierze – to kierowanie się zasadami gwiazdy rocka z lat 70-tych, do których nikt już dzisiaj nie stosuje. Mam na przykład bardzo staroświeckie poglądy na temat współczesnej muzyki – dlatego postanowiłem napisać taki lament o tamtej kulturze, o jej niesamowitej sile przebicia i tym, co po niej pozostało. A w zasadzie nie pozostało, bo to już obecnie tylko subkultura. Obecny ‚mainstream’ wrzucił fascynacje dzisiejszych 30- i 40- stolatków do lamusa. Przemysł opiera się teraz choćby na założeniu, że wokalistki zwiększają sprzedaż gazet czy magazynów, w których się pojawiają i wcale nie musi to iść w parze ze sprzedażą ich płyt. Weźmy na przykład casus Spice Girls – faceci chcieli je oglądać w telewizji, dzieciaki kupowały sobie ich plakaty, a mało kogo obchodziły w tym wszystkim ich płyty. Ojcowie ślinili się na widok ich zdjęć, małe dziewczynki ubierały się tak jak one, i już mamy trzy kolejne rynki, na których sprzedaje się ‚towar zwany artystą’. Wracając do piosenki – opowiada o moim koledze, który jeszcze jako nastolatek zapada w śpiączkę w 1975 roku i budzi się jak gdyby nigdy nic po 20 latach. Nie chcąc brzmieć moralizatorsko, zastanawiałem się jak ująć w słowa requiem dla kultury, którą tak bardzo kochałem. Więc mój bohater budzi się w 2004 roku i po tygodniu dzwoni do mnie mówiąc: ‚O co do cholery w tym wszystkim chodzi?!’. Znikły oczywiście uprzedzenia i ataki na mniejszości seksualne itd itp ale świat nie jest już tak wyidealizowany jak kiedyś. Nie wiem, może to wina przestawienia się młodych ludzi na kulturę konsumpcyjną, choć ciekawe że obecne pokolenie ma przed sobą więcej perspektyw niż ktokolwiek wcześniej, a patrzy na świat bardziej cyniczne niż ich rodzice, czy dziadkowie. Idealizm, który mam w sobie ja i ludzie w moim wieku, jest już czymś niemodnym i starałem się opisać go najładniej, jak tylko się da. Mój ulubiony fragment tej piosenki to: Wszyscy, których kiedyś znaliśmy, poddali się wcześniej czy później. Widać to po ich twarzach albo po ubraniach, które na sobie noszą’. Noszą na sobie po prostu wszystko mówiące etykiety, widoczne na wewnętrznych stronach ich ciuchów. Myślę o ludziach, którzy wyrośli na muzyce Joni Mitchell, Boba Dylana, The Beatles i całym tym idealizmie który był piękny ale zniknął bezpowrotnie. Smutne jest to, że cała ta ideologia liczyła się tylko na początku, a potem została zamazana przez okrutną rzeczywistość życia codziennego.

Dzisiejsza kultura pop jest niesamowicie skomercjalizowana – przebojami stają się piosenki, które towarzyszą np. reklamom Pepsi czy Levi’s. Aż trudno uwierzyć, że w Wham! wy po prostu śpiewaliście piosenki pop, które nie podchodziły pod żadną ideologię!

Rozumiem, że trudno jest zajmować się sztuką, jeżeli nie znajdzie się na nią odpowiedniego sponsora, ale z ręką na sercu mogę przyznać, że moje płyty wolne są od jakichkolwiek nacisków z zewnątrz czy pieniędzy sponsorów. I to wydaje się tak starodawne – wszystko w co wierzyłem kiedyś, zdaje się być kompletnie bezużyteczne w odniesieniu do obecnego przemysłu muzycznego. Bo jeżeli z kultury młodzieżowej wyrwie się serce, które ją teraz napędza, to nie zostanie w niej już nic, na czym można by zarobić pieniądze. A dzieciaki, nawet dwunastoletnie, potrafią wyczuć ściemę.

Opowiedz proszę jakąś historię z tych dawnych, dobrych czasów, kiedy występowałeś w Wham! Podobno zdarzało się, że chodziliście po domach z kolędą?!

Tak, w wigilię Bożego Narodzenia, zanim wszyscy w mieście byli już kompletnie nawaleni, chodziliśmy po domach w Hardishire mając na sobie śmieszne tanie peruki. Mój kolega David brał ze sobą gitarę i maszerowaliśmy przez całe miasteczko z nadzieją, że skapnie nam trochę grosza. I średnio nam się to udawało, bo przez te trzy lata dostawaliśmy średnio po 7 funtów na głowę. Jeździliśmy i graliśmy też w autobusach, to chyba ostatni raz w moim życiu kiedy jechałem autobusem… Pamiętam, że kierowca który raz nas wiózł był delikatnie mówiąc niepocieszony z tego powodu i specjalnie hamował tak gwałtownie, że co chwilę przelatywaliśmy z jednego końca autobusu na drugi. Zastanawiałem się wtedy, jak w nie-bożonarodzeniowym nastroju jest ten człowiek… Tak więc to prawda, chodziliśmy przez parę lat z kolędą, co dla jednego z nas skończyło się nawet na posterunku policji. Ale to było bardzo dawno temu…

Kawałek ‚Round Here’ – opowiada o twojej rodzinnej okolicy. Możesz powiedzieć na ten temat coś więcej?

Część utworów na płycie jest dla mnie bardzo osobista i to jest właśnie jeden z tych utworów. Niewielu z nas mieszka całe życie w tym jednym miejscu, w którym się urodziliśmy. Dla jednych jest to ich własny wybór, dla innych konieczność. Ja sam przemierzyłem cały świat już pewnie kilkakrotnie i też miałem możliwość zatrzymać się i zamieszkać w dowolnym miejscu na ziemi. Ale większość mojego życia skoncentrowana była na jednym kawałku ziemi, nie większym niż 5 mil kwadratowych. Tam znajdowała się moja szkoła, pierwsza praca, tam urodziła się moja matka, tam też teraz znajduje się moje obecne biuro – i mam do tego miejsca ogromny sentyment. Wiele osób na pewno rozumie, co mam na myśli i odnajdzie w tej piosence ciepło rodzinnych okolic.

Czyli przechadzając się po swoim rodzinnym mieście myślisz sobie, że tu będą mieszkały także twoje dzieci? Jeżeli oczywiście będziesz je miał…

Od ponad 15 lat bardzo lubię chodzić do jednej restauracji położonej w tej okolicy. Może dlatego, że nie bardzo lubię ten szok na twarzach ludzi, kiedy pojawiam się w jakimś nowym miejscu. Bardzo przyzwyczajam się do drobnych detali, jak choćby trzęsąca się ręka starego kelnera, który rozkłada talerze na stole. Mam swoje zwyczaje, a podróżując tak wiele czuję się bardziej przywiązany do swoich stron rodzinnych, niż ktokolwiek inny.

Jak radzisz sobie z byciem gwiazdą?

Bycie "gwiazdą", jak to nazywasz, przydaje mi się tylko nieraz, kiedy wykorzystuję to, by dokonać czegoś pozytywnego. Oczywiście, osiągnięcie pewnego statusu popularności jest czymś co gwarantuje na przykład, że żadna moja płyta nie przejdzie bez echa. Ale nie lubię bycia gwiazdą, to z tego powodu trudno mnie wypatrzyć w normalnych miejscach, do których udają się ludzie. Trzymam się z dala, w szczególności od tłumów. Popularność jest czymś, co imponowało mi kiedy miałem około 20- stki i teraz widzę, że gdyby przydarzyła mi się ona kilkadziesiąt lat później, pewnie niektóre rzeczy zrobiłbym inaczej, niż miało to już miejsce. Ale nie mogę narzekać, bo jestem teraz szczęśliwszy, niż kiedykolwiek w życiu. I choć mój świat musiał się diametralnie ograniczyć, nie podróżuję już tak jak kiedyś i nie doświadczam życia tak intensywnie, to jestem szczęśliwy budząc się codziennie we własnej skórze.

No i znalazłeś swoją prawdziwą miłość…

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że – tak mi się przynamniej teraz wydaje – będę z Kenny’m do końca życia i nasza miłość nigdy nie przeminie. Przede mną jeszcze cudowne 30 – 40 lat życia.

W trasie promocyjnej albumu ‚Patience’ dotarłeś ponownie do Azji. Czy możesz opowiedzieć o jakiś historiach, które przydarzyły ci się na tym kontynencie?

Jest wiele niezłych historii, które przydarzyły mi się szczególnie w Japonii, ale chyba nie mogę się nimi przy wszystkich podzielić, wybacz mi. Japonia – to na pewno jedyny kraj azjatycki, w którym graliśmy – Japonia i Hong Kong. To co najbardziej zapamiętałem z tych wizyt, to młodziutkie uczennice, które podążały za nami dosłownie wszędzie. Poza tym wszystkie zasłaniały buzię, jak się śmiały. Zupełnie nie rozumiałem, czemu tak robią. Jest jeszcze jedna śmieszna historia, choć w tamtym czasie nie wydawała mi się zabawna w zupełności: miałem tam ochroniarza, który był bardziej wrażliwy, niż go o to podejrzewałem. Kiedyś postanowiliśmy się zmierzyć w grę, w której młotkiem trzeba wcelować w wyskakujące się ze stołu elementy – chodzi o to, kto ma jaki refleks. Zwyciężyłem, a on był tak wściekły, że kiedy po chwili w tamtym centrum pojawił się jakiś malutki pijany Japończyk, który zaczął na wszystkich krzyczeć, mój ochroniarz podbiegł do niego, złapał za głowę i o mało nie udusił. Śmialiśmy się później, że poczuł się w obowiązku udowodnić swoją męskość po tak upokarzającej za przegranej!

Wszyscy przebąkują już coś o twojej zbliżającej się trasie koncertowej. Możesz uchylić już rąbka tajemnicy?

Szczerze ci powiem, że teraz jestem bardziej przekonany do tego pomysłu niż kiedykolwiek wcześniej. Czuję, że powinienem zagrać też w krajach, w których jeszcze nie występowałem. I byłoby to na pewno ciekawe przeżycie z różnych powodów – warto by wreszcie powiedzieć ‚cześć’ wszystkim ludziom, którzy wiedzieli mnie jeszcze występującego na żywo. Poza tym mam teraz przy sobie Kenny’ego – więc trasa nie będzie to już tak okrutną rozłąka, jak kiedyś. Wszystko jednak zależy od tego, jaki będzie dla mnie ten rok. I nie mówię tu w kategoriach sprzedaży płyty, ale o tym, czy powrót w światła reflektorów okaże się dla mnie czymś interesującym, czy nie. Nigdy specjalnie nie odpowiadała mi rola gwiazdy, ale w dzisiejszych czasach kiedy bycie gwiazdą łączy w sobie jeszcze elementy reality-tv, zgorzknienia i dystansu, jaki dzieli ją od normalnych ludzi. Wystarczy dobrze zapłacić, żeby z kogokolwiek zrobić efekt uwielbienia i wycofać pieniądze, żeby ten ktoś trafił na bruk. Jest to okrutne i poniżające, bo jak gwiazda muszę się temu w pewien sposób poddać. Jeśli mam być szczery – jeżeli znów wejdę w świat pełen negatywnych uczuć, homofobii, mam w końcu powyżej 40-stki i nie muszę robić niczego na siłę, to mało prawdopodobne jest żebym kiedykolwiek jeszcze wyruszył w trasę. Znam siebie i wiem, że spędziłem ostatnie 12-13 lat w bólu z obawy przed stratą kogoś albo w smutku po czyimś odejściu czy po każdym jednym upokorzeniu. Nie zamierzam do tego wracać i jeżeli kosztem będzie odwołanie trasy, to nie zawaham się tego zrobić. Ale miejmy nadzieję, że to tego nie dojdzie.

Comment!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*